Gryzie Cię czasem, co inni o Tobie myślą?
A co TY myślisz o sobie?
Jesteś dla siebie dobra i wyrozumiała czy raczej surowo rozliczasz się z każdego, nawet najmniejszego potknięcia?
Coś Ci przypomnę: negatywne myśli to TYLKO MYŚLI.
Tylko i aż, bo przecież są w stanie skutecznie zepsuć Ci dzień.
Ale wiesz co? To TY nadajesz im ZNACZENIE. I to TY masz moc, by je zmieniać.
Umiesz z tej „mocy” skorzystać? Jeśli tak, to wspaniale, jeśli nie, czytaj dalej.
Więc jak, przejmujesz się tym co inni o Tobie myślą?
Oczywiście mam na myśli sytuację, gdy zaczynasz się tym zamartwiać. To zupełnie naturalne, że czasem zastanawiamy się, jak ludzie nas postrzegają; świadomość tego, jak jesteśmy odbierani to część życia społecznego, element relacji. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy się swoim wizerunkiem zamartwiać, gdy robi się z tego sprawa, która zaczyna przytłaczać. Może nie zabrzmi to dobrze, ale… to kompletnie bez sensu. Bo to TYLKO MYŚLI. Twoje myśli na temat ewentualnych cudzych myśli, na temat tego, co ktoś inny BYĆ MOŻE pomyślał. Martwienie się czymś, co istnieje jedynie w wyobraźni,
Przejmować się wytworem własnej wyobraźni? Absurdalne, prawda?
Tak, to Ty nadajesz swoim myślom znaczenie.
Często to nie sama sytuacja jest trudna, lecz historia, którą wokół niej tworzysz, film, który sama sobie wyświetlasz w głowie. Im dłużej tę własną wizję „obrabiasz”, tym bardziej rośnie, pęcznieje i zaczyna wyglądać na coś naprawdę strasznego. Tymczasem, w rzeczywistości, bardzo często tych myśli po drugiej stronie po prostu nie ma.
WSZYSCY widzieli!
To nie jest tak, że wszystkie oczy zawsze i wszędzie zwrócone są na nas; nie jesteśmy pępkiem świata. Ludzie rzadko są tak skupieni na innych, jak ludziom się wydaje; mają swoje sprawy, swoje historie i swoje zmartwienia.
Wylałaś barszczyk w restauracji? Potknęłaś się i rozsypałaś zakupy?
Zdarza się. Przeproś, jeśli sytuacja tego wymaga, poproś o pomoc, obróć w żart. Żart jest lekarstwem doskonałym, antidotum na kpinę i rozładowanie napięcia. Sposobem na wyjęcie z ręki ewentualnego oręża przeciwnika, który miałby wyśmiać, powiedzmy, Twoją chwilową niezręczność.
Ale uwaga, bo czuję się w obowiązku to napisać: nie chodzi o zakładanie maski ani udawanie kogoś innego. Chodzi o życzliwość wobec samej/samego siebie i odrobinę dystansu. To naprawdę działa.
Tu się podzielę własną wpadką sprzed lat, która miała miejsce podczas konferencji:
Rzecz bardzo przyziemna: ubierając się w toalecie, nie zauważyłam, że podwinął mi się tył spódnicy; na tyle wysoko, że krótka marynarka nie była w stanie przykryć pośladków. Nieświadoma, przeparadowałam tak cały hol – dopiero przy wejściu na aulę ktoś się zlitował i zwrócił mi uwagę. Mogłam uciec, zemdleć, nie wiem co tam mogłam, przysiąc, że moja stopa nigdy między tymi ludźmi nie postanie, i tak coś w ten deseń… Ja jednak dostałam po prostu ataku śmiechu i siłą rzeczy rozładowałam atmosferę.
Innym ze sposobów, by nie wpaść w pułapkę samobiczowania, jest świadome skierowanie myśli na inny tor. Nie zawsze jest to łatwe, może wymagać skupienia na czymś naprawdę ciekawym, ważnym; jeśli się uda (a tego nikt nie zagwarantuje), na pewno będzie pomocne. Jeśli się nie uda, przynajmniej nie w tym momencie, warto przypomnieć sobie, że nawet najbardziej natrętna myśl z czasem osłabnie. Zblednie. Stępi pazury.
Możesz też zadać sobie pytanie:
Jaką mam z tego korzyść?
Czy to myślenie naprawdę mi pomaga? Czy coś wnosi do mojego życia? Jeśli nie, jeśli tylko psuje humor i obniża nastrój, szkoda Twojego czasu i zaangażowania.
A co z prawdziwą krytyką?
Wychodzę z założenia, że jeśli komuś nie podoba się moja kiecka, mój śmiech, moje poglądy, mój tekst czy mój tyłek, to jego sprawa, a nie moja. Czemu miałabym brać to na siebie, jeśli jestem pogodzona z samą sobą? Zdanie, opinie, reakcje ludzi o które nie prosiłam, które nie są konstruktywną krytyką – to nie moja rzecz, to problem krytykującego.
W imię czego miałabym pozwolić się ranić? Nie każdy musi mnie lubić. Nie każdy musi mnie rozumieć.
Niemal zawsze znajdzie się ktoś, kto pomyśli o nas coś… nie po naszej myśli. Zwyczajna rzecz. I kiedy przyjmiesz tę prostą prawdę, paradoksalnie zrobi się łatwiej. Bo wtedy łatwiej pamiętać, że cudze myśli należą do innych ludzi.
A nasze życie należy do nas.
Jeśli masz ochotę, proponuję Ci ćwiczenie pt. CZYJE TO MYŚLI?
Pomyśl o sytuacji z ostatnich dni, w której zaczęłaś martwić się tym, co inni mogą o Tobie pomyśleć. Może powiedziałaś coś niezręcznego, może popełniłaś jakąś pomyłkę, strzeliłaś gafę albo po prostu poczułaś, że ktoś Cię ocenia.
Odpowiedz na kilka pytań, możesz odpowiedzi zapisywać:
1. Co dokładnie się wydarzyło?
Opisz sam fakt, bez interpretacji i bez dopisywania znaczeń.
2. Jaką historię dopowiedziała Twoja głowa?
Jakie myśli pojawiły się w Twojej głowie na temat tego, co inni MOGLI o Tobie myśleć?
3. Czy masz na to realne dowody?
Zastanów się spokojnie: czy ktoś rzeczywiście to powiedział albo dał wyraźny sygnał, czy są to raczej Twoje przypuszczenia?
4. Jakie są plusy z podtrzymywania tych myśli?
Czy pomaga Ci to coś rozwiązać? Czegoś Cię uczy? Czy jednak może tylko zwiększa napięcie?
5. Jak mogłabyś spojrzeć na tę sytuację inaczej?
Spróbuj napisać jedno zdanie, które byłoby życzliwe wobec Ciebie.
Na przykład:
„To była tylko drobna niezręczność. Każdemu się zdarza.”
Na koniec zadaj sobie jeszcze jedno pytanie:
Czy za tydzień ta sytuacja nadal będzie miała dla mnie znaczenie?
Często okazuje się, że to, co dziś wydaje się straszliwe i ogromne, za kilka dni jest już tylko małym, nieistotnym epizodem.
Wtedy łatwiej przypomnieć sobie coś ważnego: myśli przychodzą i odchodzą. Nie wszystkie trzeba traktować jak prawdę.
Na koniec chcę jeszcze raz, z całą mocą podkreślić: pamiętaj, że Twoje życie należy do Ciebie. Do nikogo innego.
Ściskam
M.

Foto: Pexels / Samantha Garotte